Pułapka „ciągłego samorozwoju”. Czy praca nad sobą może być formą przemocy wobec samego siebie?

Drodzy Państwo,

Żyjemy w czasach, w których dostęp do wiedzy psychologicznej nigdy nie był tak powszechny. Zewsząd otaczają nas podcasty o budowaniu nawyków, poradniki o tym, jak stać się „najlepszą wersją siebie”, techniki medytacji, metody biohackingu, afirmacje i wyzwania rozwojowe. Na pierwszy rzut oka to wspaniałe zjawisko – jako społeczeństwo stajemy się coraz bardziej świadomi swoich emocji, granic i potrzeb.

Jednak w gabinetach terapeutycznych coraz częściej obserwuje się ciemną stronę tego zjawiska. Trafiają do nas osoby wyczerpane, przebodźcowane własnym procesem „uzdrawiania”. To osoby, które każdą wolną chwilę poświęcają na analizowanie swoich traum, słuchanie rozwojowych podcastów i śledzenie własnego nastroju, a mimo to czują coraz większy lęk i pustkę.

Kiedy praca nad sobą przestaje być drogą do wolności, a staje się opresyjnym obowiązkiem? Kiedy wpadamy w pułapkę ciągłego samorozwoju, który – zamiast leczyć – staje się wyrafinowaną formą przemocy wobec nas samych?

Kultura optymalizacji i traktowanie człowieka jako projektu do naprawy

W podejściu systemowo-kulturowym nie możemy analizować problemów jednostki w oderwaniu od świata, w którym funkcjonuje. Żyjemy w kulturze hiperproduktywności, która skomercjalizowała niemal każdą sferę naszego życia, łącznie ze zdrowiem psychicznym. Przekaz płynący z otoczenia jest subtelny, ale bezwzględny: „Zawsze możesz być lepszy. Zawsze możesz wstawać wcześniej, lepiej zarządzać emocjami, zdrowiej jeść i szybciej przepracować swoje traumy”.

Kultura optymalizacji Człowiek jako projekt do naprawy

W tej narracji człowiek przestaje być żywą, czującą istotą, która ma prawo do słabości, błędu i stagnacji. Staje się „projektem” do zoptymalizowania. Wchłaniamy ten kulturowy skrypt bardzo głęboko, zaczynając traktować siebie samych jak wadliwy produkt na taśmie montażowej. Uwierzenie w to, że naszą wartością jest to, jak bardzo jesteśmy „przepracowani” (w sensie terapeutycznym) i „świadomi”, to prosta droga do utraty kontaktu z naszym prawdziwym ja.

Samorozwój jako nowa maska dla autoagresji, czyli nienawiści do samego siebie

Jednym z najbardziej niebezpiecznych mechanizmów, jakie można zaobserwować, jest sytuacja, w której samorozwój staje się sprytnym kamuflażem dla głębokiego samoodrzucenia.

Często pod hasłem „chcę nad sobą pracować” kryje się podświadome, bolesne przekonanie: „Taki, jaki jestem teraz, jestem niewystarczający. Dopiero gdy naprawię wszystkie swoje wady, przepracuję lęki i będę idealnie asertywny – zasłużę na miłość, spokój i szacunek”.

W takim trybie każde zachowanie niezgodne z wymarzonym ideałem – wybuch złości, dzień spędzony w łóżku z powodu smutku, sięgnięcie po niezdrowe jedzenie – staje się powodem do biczowania samego siebie. Narzucamy sobie rygorystyczne „diety emocjonalne”, zapominając, że prawdziwa akceptacja nie stawia warunków. Przemoc wobec siebie nie musi objawiać się krzykiem przed lustrem. Często przyjmuje postać bezlitosnego zmuszania się do kolejnego kursu, kolejnej medytacji, kolejnej analizy swoich zachowań, w momencie, gdy nasz układ nerwowy błaga o po prostu „bycie”.

Toksyczna pozytywność a pułapka ucieczki

W dyskursie o samorozwoju często napotykamy również zjawisko toksycznej pozytywności (tzw. toxic positivity). To przymus utrzymywania wyłącznie „wysokich wibracji”, bycia zawsze wdzięcznym i szukania pozytywów w każdej, nawet najbardziej druzgocącej sytuacji.

Toksyczna pozytywność a pułapka ucieczki

Z punktu widzenia biologii i działania układu nerwowego, jest to mechanizm głęboko uszkadzający. Smutek, żal, złość i frustracja to naturalne reakcje organizmu na stratę lub przekroczenie granic. Zmuszanie się do uśmiechu w momencie kryzysu to forma psychologicznego odcięcia (dysocjacji). Kiedy odmawiamy sobie prawa do trudnych emocji i na siłę przykrywamy je afirmacjami, nasza prawdziwa rana zaczyna ropieć.

Jak odróżnić zdrową pracę nad sobą od opresji?

Granica między dbaniem o siebie a katowaniem się rozwojem bywa cienka, ale jej rozpoznanie jest kluczowe dla powrotu do równowagi.

Rozwój opresyjny (autoagresywny)Rozwój wspierający (w duchu akceptacji)
MotywacjaDziałam z poczucia braku: „Muszę to naprawić, bo jestem beznadziejny”.Działam z szacunku do siebie: „Zasługuję na to, by czuć się ze sobą lepiej”.
Reakcja na kryzysSamokrytyka, wstyd, poczucie zmarnowania dotychczasowej terapii/pracy.Uprawomocnienie uczuć: „Mam prawo mieć gorszy dzień, to naturalny etap procesu”.
TempoSzybkie, wymuszone, zorientowane na natychmiastowy cel.Dopasowane do zasobów układu nerwowego, z miejscem na przerwy.
Stosunek do wadPróba ich całkowitego wycięcia, stłumienia i usunięcia.Zrozumienie, skąd się wzięły i opieka nad nimi z życzliwością.

Psychoterapia to nie naprawa jak w warsztacie samochodowym

Wierzymy, że psychoterapia nie ma na celu stworzenia z Państwa „super-ludzi”, odpornych na każdy ból, nigdy niepłaczących i zawsze asertywnych. Terapia nie jest warsztatem, do którego wstawia się wadliwy samochód, by po kilku miesiącach odebrać model bez skazy (chodzi oczywiście o porównanie).

Głębokim sensem terapii – i prawdziwego samorozwoju – jest odzyskanie wolności

Głębokim sensem terapii – i prawdziwego samorozwoju – jest odzyskanie wolności. To prawo do tego, by być w procesie. Prawo do tego, by czasem zatrzymać się i nie robić ze sobą zupełnie nic. To ostateczne zrozumienie, że są Państwo wartościowi nie pomimo swoich pęknięć, ale razem z nimi.

Jeśli czują Państwo, że pogoń za samorozwojem stała się kolejnym ciężarem na Państwa barkach i chcieliby Państwo bezpiecznej, wolnej od ocen przestrzeni, w której można po prostu zdjąć tę zbroję – zapraszamy. Czasem największą zmianą, jakiej możemy dokonać, jest zaprzestanie prób zmiany siebie na siłę.